Krótką wycieczkę z aparatem po mojej rodzinnej Łomży miałem okazję odbyć w upalny, lipcowy dzień. I dobrze. Z takich dni pamiętam to miasto najlepiej – gdy dawno temu spędzałem tu prawie każde wakacje. Nie miałem żadnego szczególnego planu, ot posnuć się po Starym Mieście i obfotografować miejsca związane z chwilami, które szczególnie wbiły mi się w pamięć. Tu była ta świetna księgarnia, gdzie zawsze udawało mi się kupić coś ultraciekawego. Tu siedzieliśmy na murku i przyplątał się do nas menel. Tu wujek miał sklep. Tam chodziliśmy do kościoła, gdzie jako pięciolatek zastanawiałem się, czemu na ambonie nie widać księdza, tylko drewnianą rękę z krzyżem. Starałem się focić z niskiej perspektywy – takiej, jaką miałem dawno temu, gdy te wszystkie wspomnienia dopiero się kształtowały.

Rejony Łomży obrosły przez lata sentymentem. Okalające ją lasy i miejscowości mają dla mnie wymiar niemalże oniryczny – w końcu przez pierwsze lata mojego życia był to dla mnie cały świat, w którym żyłem i który mi się śnił. Cieniem na tej sielance kładą się wojenne wspomnienia babci, a także historia z Jedwabnem i tabu, jakie ciąży na relacjach wielu najstarszych mieszkańców tej ziemi i ich rodzin z Żydami. Wojna straszliwie obeszła się z tym miastem i okolicami, a ludzie byli poddawani tu straszliwym próbom, z których nie wszyscy wyszli zwycięsko. Dziwna energia z tym związana jest przynajmniej dla mnie – urodzonego tu, lecz obecnie rzadko bywającego gościa – wyczuwalna bardzo wyraźnie.

„Tu nie zawsze rodzą się normalni ludzie” – pół żartem, pół serio rzekłem do żonki po tym, jak ponownie natknęliśmy się na jakąś niestandardową zaczepkę. Ostatnio przebywaliśmy w mieście może ponad kwadrans, a już starsza pani z okna zdążyła małżonkę zrugać z niekłamaną pretensją w głosie, że deszcz pada, a ona psa wyprowadza. „Kurpie!” – odparłem, skłoniwszy się.

Tym razem starszy pan na dziedzińcu kościoła zagadnął mnie o obiektywy. Porozmawialiśmy chwilę, aż rozmowa zeszła na religię katolicką, a z niej na ekologię. Przypomniawszy encyklikę papieża Franciszka, zgodziliśmy się, że coś się pod tym względem dobrego dzieje w doktrynie, ale nagle mężczyzna wypalił:
– Prawdziwi katolicy szanują przyrodę i zwierzęta, to jacyś odszczepieńcy tylko chcą ją niszczyć. Wie pan, najgorsze to są te wszystkie ideologie – gender, LGBT…

Pozwoliłem sobie przerwać i zaoponować, że ja żadnych ideologii nie znam, ale taką terminologię określającą normalne zjawiska, a także normalnych ludzi utożsamiających się mniej lub bardziej z tym skrótem. Prawdziwy katolik wyłuszczył mi literaturę źródłową na temat homoseksualizmu wraz z wizjami świętych i powiedział, że jeśli jestem katolikiem, to muszę o tym wiedzieć i jeśli znam takich ludzi, to sodomia jest strasznym grzechem. Odparłem, że hasło „ideologia LGBT” kojarzy mi się z propagandą o Amerykanach rozrzucających stonkę z samolotów i z rewelacjami o Żydach porywających dzieci w celach spożywczych, że katolikiem nie jestem.
– To co pan tu robi w kościele? – nie oburzył się, tylko szczerze zdziwił.
– Jest piękny. I mam z nim wiele wspomnień. Wie pan, nie potępiam innych koncepcji, religii, a nawet ideologii, tylko dlatego, że ktoś nimi straszy ludzi. Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba.

„Kurpie…” – westchnąłem, odchodząc. Gdy skończyłem fotografować, odnalazłem małżonkę w jednej z nowych kawiarni przy Farnej, jednej z uliczek, które zmieniły się nie do poznania w ciągu 30 lat. Ciasną, brukowaną przestrzeń między kamienicami wypełniały pełne ludzi ogródki i dźwięki akordeonu, wydobywanego – co dziwne w naszym kraju – nie od muzykanta zbierającego do puszki pieniądze, a od pana, który siedział sobie z towarzystwem przy piwku, przygrywając dla przyjemności. Pieniądze do puszki mógłby za to – jak rzekła nam jedna pani – zbierać nasz pies Wałbrzych, który został wielokrotnie wymiziany przez przechodniów.

Rzadko kiedy zdarza mi się rozmawiać z taką liczbą przypadkowych osób jak tu, w moim dziwnym rodzinnym mieście, gdzie od rynku w jedną stronę można dwie godziny iść, zanim wyjdzie się poza bloki i kamienice, a w drugą krótka ulica Radziecka prowadzi do kościoła i koniec – dalej już tylko Narew, jej rozlewiska i sąsiadujące z Łomżą wsie. Co tu dużo mówić – Kurpie…