Ze wszystkich pór roku najbardziej chyba lubię tę wrześniową, która u nas na Warmii już się właściwie zaczęła. Choć po odlocie bocianów przyroda przygasła nieco, a w powietrzu unosi się smutek, który spływa do serca, gdy mijam opustoszałe gniazda, jednocześnie zapanowała nagle kojąca cisza. Tak jakby świat śpiewał kołysankę zmęczonej słońcem i późnymi w tym roku żniwami przyrodzie.

Koszenie trawy coraz rzadsze, zaczynają się te ciche, jesienne obowiązki, z których pierwszy to zbieranie jabłek na sprzedaż i śliwek na śliwówkę, którą będzie można raczyć się zimową porą przy ogniu. Grabienie jabłek z dywanu żółknącej już lekko trawy, strząsanie ich z drzew… pod jabłonią mieści się mały świat, mały dom. Po zbiorach pięknie będzie tam sobie posiedzieć, kryjąc się przed zgiełkiem lata.

A piosenkowo rzecz ujmując…

I nie mówcie mi, że prawdziwy świat to ten za ciekłokrystalicznym ekranem, a nie w sercu i wokół. Przecież widzę…