Kompletnie zaskoczyło mnie to, ile radości może sprawić wywołanie negatywów wielkoformatowych, w dodatku niezbyt udanych. A jednak czułem się jak dziecko, gdy wyniosłem na światło pierwszy z nich, zrobiony na samodzielnie dociętej błonie RTG pożyczonym ze szkoły niewielkim aparatem i wywołany we własnoręcznie zrobionej chemii ze składników wcześniej zakupionych. Gdy człowiek od początku do końca ma wpływ na każdy aspekt zdjęcia, fotografia smakuje zupełnie inaczej. Ja w dodatku lubię, gdy coś wyłania się z chaosu, a żeby wyłoniło się coś ciekawego, muszę nad tym chaosem sam panować.

A zatem z trzema kuwetami, dwiema parami szczypiec, bez termometru, koreksu i innych akcesoriów, a po wywołaniu pierwszego negatywu nawet bez stopera udało mi się spędzić kilka godzin w twórczej gorączce. Zaganiałem przed obiektyw domowników, przejmowałem pomieszczenia, zająłem łazienkę, zapomniałem nakarmić psa, nie pomogłem żonie we wnoszeniu zakupów i byłem przeszczęśliwy.

Wywoływacz zrobiłem chyba nieco zbyt gęsty – użyłem rodinalu z koncentratu w roztworze 1:20 i pierwsze zdjęcie pojawiło się na kliszy już po niecałej minucie. W uzyskaniu odpowiedniego kontrastu pomógł mi fakt, że mogłem robić wszystko przy czerwonym świetle. Wykorzystałem wielokolorową żarówkę LED na pilota, ale nie wiem, czy takie światło to najlepszy rodzaj czerwieni i czy nie zgubiłem przez nie trochę kontrastu. Trzeba będzie sprawić sobie porządną lampę ciemniową, choć po wykorzystaniu tych błon, które mam, raczej przerzucę się na mniej pośledni materiał. Błony RTG bowiem potrafią zrobić krzywdę sobie i zdjęciom w zetknięciu z dnem kuwety, a o idealną ostrość zdjęć bardzo w ich wypadku trudno. Mnie jednak na razie i tak niełatwo o ostrość – aparat, z którym obecnie ćwiczę, jest dość ruchliwy, a ja stosowałem dość długie czasy.

Nie za bardzo dbałem dziś o odpowiednie parametry. Czas ekspozycji brałem ze światłomierza mojej cyfrówki, zauważyłem jednak, że migawka w starym, sfatygowanym sprzęcie nie przejmuje się nastawami czasów. W rezultacie czas naświetlania był w dużej mierze losowy, kompensowałem go zaś czasem wywołania. Celem dzisiejszego wieczoru było uzyskanie czegokolwiek, nad czym będzie można podumać i udoskonalić to. Nie bawi mnie zbieranie informacji z internetów i próba idealnego przeprowadzenia każdego z etapów. Żywioł i spontan! – to moje credo. W rozsądnych, rzecz jasna, granicach. Lubię się natomiast uczyć na własnych błędach i wyciągać własne spostrzeżenia – w kilku dziedzinach, którymi się zajmowałem, dało mi to wiedzę nieszablonową i oryginalne podejście do problemów, a zatem i oryginalne rezultaty. Może i tu będzie podobnie. Precyzja to bardzo ważna rzecz w fotografii, ale przyjdzie ona z czasem – gdy będę stopniowo coraz lepiej rozumiał to, co robię. Wiem już, ze następnym razem zwrócę uwagę na kolejne czynniki.

Tak czy inaczej, na tym pierwszym etapie przygotowanie chemii, zrobienie zdjęć aparatem wielkoformatowym i wywołanie negatywów okazało się proste i bardzo, ale to bardzo satysfakcjonujące.

– Fuj, jak śmierdzi! – raczyła napomknąć małżonka, gdy weszła do łazienki przy czerwonym wciąż świetle, choć przecież sama niegdyś wywoływała zdjęcia w liceum plastycznym.

A moim zdaniem nigdy nie pachniało w niej piękniej niż wtedy, gdy po pracy zlewałem odczynniki. Przecież to zapach dawno minionych lat, woń magii, która w ciemności rodzi obrazy, aromat tajemnicy, kadzidło świątyni sztuki, jaką jest fotografia klasyczna. Ech, trudno – nie każdemu musi się podobać. Ale chyba każdy, kto ze mną mieszka, będzie musiał trochę do tego przywyknąć.

W najbliższym czasie zrobię odbitki najbardziej udanych (najmniej nieudanych) negatywów w technice Van Dyke.