Pawel Oleszczuk/ Wrzesień 24, 2018

Mówią, że fotografia krajobrazu jest statyczna, wymaga raczej cierpliwości niż refleksu, zupełnie inaczej niż w przypadku dokumentu. Sam często używam porównania aparatu do konsoli do gier – niektórzy grają w zręcznościówki, inni w strategie. Podobnie ze zdjęciami – do różnego rodzaju twórczości potrzebne są różne umiejętności.

Dzisiejszy dzień pokazał jednak, że fotografia krajobrazowa może być źródłem niezłej adrenaliny. I nie chodzi tu o zdjęcia z paralotni czy podczas skoków na bungee. Mówię o klasycznym krajobrazie, jaki fotografuję od lat.

Zazwyczaj jest tak, że stoję w upatrzonym miejscu lub chodzę po upatrzonym terenie o odpowiedniej porze, czekając na światło. Czasem odpowiednia chwila nadchodzi niespiesznie, by potrwać kilka minut, czasem żeby wykorzystać najlepszy moment, trzeba się sprężyć i zachować najwyższą czujność. Dziś jednak nie czekałem na światło. Goniłem je jak głupi po całej gminie.

Wracając z miasta, zauważyłem piękną, granatową chmurę okalającą połowę nieboskłonu. Szkoda, że nie mam ze sobą aparatu – pomyślałem. Gdy odsłonił się przede mną pierwszy widok z granatowym niebem i rozświetloną słońcem ziemią, uznałem, że warto byłoby wrócić tu ze sprzętem. „Nie – zganiłem siebie. – Dziś nie fotografujemy. Na dysku czeka tyle zdjęć, że do wiosny wszystkich nie ogarnę. Poza tym dziś dużo pracy. Piękne niebo będzie jeszcze nieraz, jest jesień”. Łatwo mówić – pięć kilometrów dalej, już niemal pod domem widoki były takie, że pędem wjechałem na podwórko, złapałem torbę i statyw, wróciłem i gazu – w kierunku wiatru. Chmura już odeszła na południowy wschód, a ziemię zalało zwykłe, popołudniowe słońce.

Ścigałem to ciemne na horyzoncie. 🙂

Ruszyłem na południe szutrową drogą, by wkrótce dojechać do skrzyżowania. Skręciłem w lewo w drogę, którą dobrze znałem z pieszych wędrówek. Pomału doganiałem wielką chmurę, a wraz z nią niesamowite efekty świetlne, chciałem jednak dojechać w znajome miejsce, które już widziałem oczyma wyobraźni na zdjęciu. Nagle jednak droga się skończyła. Przecinało ją stare, zarośnięte torowisko. No tak, przecież docierałem w to miejsce pieszo właśnie po nasypie. Cóż, nie było czasu do namysłu. Ruszyłem torowiskiem. To był prawdziwy test dla mojej ravki, zdała go jednak celująco. Po 5 kilometrach (i 15 minutach prób niezakopania się w błocie) wyjechałem na drogę asfaltową i mogłem zacząć pościg za światłem w satysfakcjonującym tempie 70 km/h. Gdybym mieszkał w kraju autostrad, po prostu pojechałbym w odpowiednim kierunku, prześcignął chmurę, rozstawił sprzęt i zaczekał. Ale wtedy nie mieszkałbym na Warmii i może wcale nie chciałoby mi się poświęcać dnia, żeby jeździć na zdjęcia, a potem pracować do późna. Tymczasem dotarłem w odpowiednie miejsce w momencie, gdy światło zmieniało się z pochmurnego na niesamowite. Nie było czasu na takie subtelności jak statyw czy zmiany obiektywu. Zatrzymałem auto na łące i pobiegłem tam, gdzie mogłem złapać najlepszy kadr.

Nie trzeba było żadnych fotoszopów czy filtrów. Strzał z ręki i lekka jedynie korekta poziomów, by nieco zmniejszyć intensywność.

W drodze powrotnej czekała mnie jeszcze premia. Zauważyłem przez przednią szybę ruch na polu. Podjechałem bliżej, parkując wśród zarośli, nastawiłem aparat na specjalny tryb, który sobie zaprogramowałem na szybkie akcje, i ruszyłem nieco schylony pośród kłączy czegoś, co nie wiem, co to. W pewnym momencie podniosłem głowę i może 20 metrów do siebie zobaczyłem dwie pięknie oświetlone znajdującym się za nimi słońcem sarny. Wpatrywały się we mnie, nie wiedząc, czy już uciekać, czy jeszcze nie. Zrobiłem kilka ujęć, a potem jeszcze kilka, gdy odbiegały.

Adrenalina podczas fotografowania krajobrazu się zdarza. I daje mnóstwo radości. Kolejny etap – zostać łowcą burz. Gdy tylko skończą budować drogi w regionie.