Odzwyczaiłem się od miast. Ostatnimi laty mieszkam na wsi i świat bloków, chodników, ulic to dla mnie kosmos. Ale gdy już tam trafiam, odkrywam nowe perspektywy. Fascynują mnie rzeczy, które dawniej mijałem obojętnie. Zauważam geometrię miasta, wielość linii i kątów, zamaszystą trójwymiarowość, której próżno szukać na pustkowiu.

A gdy tym miastem jest Porto, wtedy inne jest wszystko.

Uwaga, najpierw proszę włączyć sobie podkład muzyczny. 🙂

A teraz zapraszam do oglądania zdjęć. Najlepiej kliknąć od razu pierwsze i, czytając opisy, kierować się strzałką po prawej stronie ekranu.

Nachodziliśmy się po Porto jak głupi za serem (wiem, wiem). Różnice w wysokości skutkowały dialogami typu:
– Ile jeszcze?
– 700 metrów.
– Acha, czyli 2 kilometry…
Jednak złożone nieraz z samych schodów uliczki (jak w Lizbonie) i czekające za każdym rogiem niespodzianki wynagradzały wysiłek. Różne rzeczy można rzec o tym mieście, ale na pewno nie to, że jest szare i nudne.

W ostatni dzień udało nam się doświadczyć pięknego, spokojnego, choć radosnego wieczoru nad rzeką Douro. W ogóle spokojna radość wydaje mi się charakterystyczna dla Portugalczyków. Bardzo jest mi to bliskie.

Po tym przepięknym epilogu udaliśmy się dość powoli do hostelu. Porto to czarodziejskie miasto, które potrafi zachwycić nie tylko atmosferą, architekturą i ciekawymi miejscami, ale też – jak i cała Portugalia – bezpretensjonalnością. I choć łatwo tu wpaść na kogoś lub trafić na tłum ludzi, to miasto nie przerywa ci toku myśli, gdy przez nie spacerujesz. Ono po prostu idzie razem z tobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *